Texty - by Ana
InFOrmowANA| February 20th, 2007- Lakmus
Zastanawiam się w swej złożoności
-nieekonomiczne szczęście
-niehumanitarny spokój
Teraz jakoś nienaturalnie skromnie
-mówię sobie „szczęście”
-mówię sobie „częściej”
I patrzę przed siebie nic nie ma
-a zapach na moim swetrze
-a usta na moich ustach
Zastanawiam się jak tak można
-kochać nie kochać
-czuć nie mówić
Popatrz…nie ma na czym budować
-nieekonomiczne szczęście
-nikt nie chce słuchać o szczęściu
-nieekonomiczne szczęście
-niehumanitarny spokój
Teraz jakoś nienaturalnie skromnie
-mówię sobie „szczęście”
-mówię sobie „częściej”
I patrzę przed siebie nic nie ma
-a zapach na moim swetrze
-a usta na moich ustach
Zastanawiam się jak tak można
-kochać nie kochać
-czuć nie mówić
Popatrz…nie ma na czym budować
-nieekonomiczne szczęście
-nikt nie chce słuchać o szczęściu
- Domek z piasku
Aż nienaturalnie, że tak spokojnie
patrzysz jakby nic się nie stało
Choć taki tu bajzel:
-plama czerwonego wina na ścianie
-porysowane piaskiem kafle
-rzucona w kąt pokoju poduszka
Siedzisz stukając palcami o blat
jak kamień, jak skała, jak głaz.
Niewzruszony krzykiem niemowy,
nieporuszony wzrokiem ślepca
Aż nienaturalne, że tak spokojnie
układasz to cholerne domino
I nie obchodzą cię:
-kłótnie małżeńskie sąsiadów
-Pan z wiadomości mówiący o wojnie
-pogrzeb na pobliskim cmentarzu
masz gdzieś tę moją samotność,
me wiersze, książki, pamiętniki.
Siedzę przecież na twojej głowie
musisz mnie zauważyć
Aż nienaturalne, że tak spokojnie
strząsnąłeś mnie na zimną podłogę
jak muchę która usiadła na twej skroni.
patrzysz jakby nic się nie stało
Choć taki tu bajzel:
-plama czerwonego wina na ścianie
-porysowane piaskiem kafle
-rzucona w kąt pokoju poduszka
Siedzisz stukając palcami o blat
jak kamień, jak skała, jak głaz.
Niewzruszony krzykiem niemowy,
nieporuszony wzrokiem ślepca
Aż nienaturalne, że tak spokojnie
układasz to cholerne domino
I nie obchodzą cię:
-kłótnie małżeńskie sąsiadów
-Pan z wiadomości mówiący o wojnie
-pogrzeb na pobliskim cmentarzu
masz gdzieś tę moją samotność,
me wiersze, książki, pamiętniki.
Siedzę przecież na twojej głowie
musisz mnie zauważyć
Aż nienaturalne, że tak spokojnie
strząsnąłeś mnie na zimną podłogę
jak muchę która usiadła na twej skroni.
- Dwie pary oczu ślepych
palec serdeczny odgryzam
gdy droga prosta i drzwi otwarte
-klamka, serce, dusza,
wrażliwych karać ich nadwrażliwością
a miłość za słabość ciosać
-kołek, osiłek, demony
to wstyd już teraz prosić
gdy słowa chlapią po oczach smołą
-ślepiec, niemowa, głuchy
Bo przyznać “kocham” czyni głupcem
przed obliczem niezależnych i starych
-samotność, mrok, tabletka nasenna
pamięć mam i pamiętam więc jestem
bo słowo leci dzień pozostaje
-obgryzam, paznokcie, kocham…
gdy droga prosta i drzwi otwarte
-klamka, serce, dusza,
wrażliwych karać ich nadwrażliwością
a miłość za słabość ciosać
-kołek, osiłek, demony
to wstyd już teraz prosić
gdy słowa chlapią po oczach smołą
-ślepiec, niemowa, głuchy
Bo przyznać “kocham” czyni głupcem
przed obliczem niezależnych i starych
-samotność, mrok, tabletka nasenna
pamięć mam i pamiętam więc jestem
bo słowo leci dzień pozostaje
-obgryzam, paznokcie, kocham…
- Upojenie
Kobieta i stół- na pierwszym planie.
Dalej samotność, wino i on.
Głuchy telefon w kolorze cytryny,
męczy rozmówców na końcu kolejki.
Potem już on i spierzchnięte usta,
poemat o ciszy pisze stukając
palcem w ścianę.
Ona tak stara, że pamięta czasy
beztroskie.
Dalej samotność, wino i on.
Głuchy telefon w kolorze cytryny,
męczy rozmówców na końcu kolejki.
Potem już on i spierzchnięte usta,
poemat o ciszy pisze stukając
palcem w ścianę.
Ona tak stara, że pamięta czasy
beztroskie.
Wstała
-Pan od pogody powiedział, że będzie wiało.
- Delete
Taki człowiek zapatrzony w punkt
-dzień promieniuje martwą logiką
-ma gdzie usiąść i co wziąć w rękę
Tak mu wystarcza, że to życie
-nie przez palce, a przez klawiaturę
-cierpnie fizyczność, ducha mdli
Bo po co biegać, gdy blisko okno
i na co patrzeć jak tylko owady
-szukaj
-wiatru w folderze “pole”/[spoiler]
-dzień promieniuje martwą logiką
-ma gdzie usiąść i co wziąć w rękę
Tak mu wystarcza, że to życie
-nie przez palce, a przez klawiaturę
-cierpnie fizyczność, ducha mdli
Bo po co biegać, gdy blisko okno
i na co patrzeć jak tylko owady
-szukaj
-wiatru w folderze “pole”/[spoiler]
- Minutnik
[spoiler]Palec na palcu-klękam.
Minuty dzwonią do snu, paranoja.
Chcę powietrza w płucach, gdy błądzi dusza,
co z zapytaniem na ustach kładzie myśli.
Palec na palcu-czuję.
Świeci się lampa do snu, paranoja.
Minuty dzwonią wciąż nie chcąc godzin,
za wcześnie na sen-to drzemka.
- X
-płyniesz w mych żyłach raz słony, raz słodki…
- Czekając na koniec wiosny
Wypij ze mną tę kawę,
porozmawiamy o śmierci
-nim kubek stanie się pusty
zdążymy się już zestarzeć.
Wiesz co dziś zrobię?
Spalę wszystkie pamiętniki
-wstydzę się tych kartek,
sam wiesz ile tam błędów.
Za często myliłam „m” z „n”
a na samotność mówiłam „nuda”
Pisałam (o)sobie ołówkiem,
który tak łatwo zetrzeć.
Nie martw się o nic, czas nie odrasta
porozmawiamy o śmierci
-nim kubek stanie się pusty
zdążymy się już zestarzeć.
Wiesz co dziś zrobię?
Spalę wszystkie pamiętniki
-wstydzę się tych kartek,
sam wiesz ile tam błędów.
Za często myliłam „m” z „n”
a na samotność mówiłam „nuda”
Pisałam (o)sobie ołówkiem,
który tak łatwo zetrzeć.
Nie martw się o nic, czas nie odrasta
- Przy-śnie
Jestem tu, wyrwana,
ze smakiem herbaty w ustach.
Na rzęsach wciąż się kręcą,
przeźroczyste łzy cukrowe
Moje „wszystko”
to już tylko smaczna pamięć,
nakarm mnie wygiętą łyżeczką
Jest jedna droga,
jeden na jeden w twojej głowie,
lecz oczy- tafle słonej wody
odbijają dwa pęknięte życia.
Pójdę spać- chyba,
wiem co się przyśni księżniczkom.
Będę w pokoju
z kostką cukru na parapecie
i uśmiechnę się czasem, myśląc
-”są tu tacy co musieli się spotkać,
po to aby się ominąć…”
ze smakiem herbaty w ustach.
Na rzęsach wciąż się kręcą,
przeźroczyste łzy cukrowe
Moje „wszystko”
to już tylko smaczna pamięć,
nakarm mnie wygiętą łyżeczką
Jest jedna droga,
jeden na jeden w twojej głowie,
lecz oczy- tafle słonej wody
odbijają dwa pęknięte życia.
Pójdę spać- chyba,
wiem co się przyśni księżniczkom.
Będę w pokoju
z kostką cukru na parapecie
i uśmiechnę się czasem, myśląc
-”są tu tacy co musieli się spotkać,
po to aby się ominąć…”
- Prze-i-stoczenie
Rozmyślam tak o sądzie ostatecznym
W tej apokalipsie było coś o smoku
-efemeryczny świat jeszcze tu stoi
Ale…
No właśnie ciągle jest jakieś „ale”
czy to ty do mnie czy ja do ciebie
Jana niewiasta i ta jego bestia
Więc…
Czekajmy razem na siedem słońc
Oboje zostaniemy strąceni na ziemię
i zabrzmi głos twój burząc me życie
Może…
Ona pójdzie do nieba i da spokój
A ty mnie za rękę w otchłań prowadź
Niech nam się ziemia zamknie nad głowami…
W tej apokalipsie było coś o smoku
-efemeryczny świat jeszcze tu stoi
Ale…
No właśnie ciągle jest jakieś „ale”
czy to ty do mnie czy ja do ciebie
Jana niewiasta i ta jego bestia
Więc…
Czekajmy razem na siedem słońc
Oboje zostaniemy strąceni na ziemię
i zabrzmi głos twój burząc me życie
Może…
Ona pójdzie do nieba i da spokój
A ty mnie za rękę w otchłań prowadź
Niech nam się ziemia zamknie nad głowami…
- Wieko-po-mnie
Nie wiem czy wierzyć komuś takiemu
Niby wszystko jak Bóg przykazał
No właśnie…
Czy to nie jest podejrzane?
Znam tyle osób-chodzące niedoskonałości
Każde ich słowo wzbudza współczucie
Tymczasem…
Jak coś powiesz to tydzień bez Morfeusza
Motam się w tych labiryntach wniosków
Ty to masz jednak talent do rozróby
Wiesz co…
Zniknij na jakiś czas z przestrzeni
Postaram się umrzeć z braku wizerunku
Nie sprawię problemu sama się pochowam
Kompromis…
Ty zabierasz moje paranoje zamykasz szczelnie
Ja chowam przed światem twe zaprzeczenia
I idziemy do nieba udawać świętych
Niby wszystko jak Bóg przykazał
No właśnie…
Czy to nie jest podejrzane?
Znam tyle osób-chodzące niedoskonałości
Każde ich słowo wzbudza współczucie
Tymczasem…
Jak coś powiesz to tydzień bez Morfeusza
Motam się w tych labiryntach wniosków
Ty to masz jednak talent do rozróby
Wiesz co…
Zniknij na jakiś czas z przestrzeni
Postaram się umrzeć z braku wizerunku
Nie sprawię problemu sama się pochowam
Kompromis…
Ty zabierasz moje paranoje zamykasz szczelnie
Ja chowam przed światem twe zaprzeczenia
I idziemy do nieba udawać świętych
- Geometria
To przyszłe mieszkanie znane nieznane
Jak sen jak wspomnienie z dzieciństwa
Jakbym sama malowała te ściany
Pieszcząc pędzlem drażliwe tematy
To miejsce ten dom azyl nietoperzy
Znane nieznane motywy na ścianach
I pajęczyna w rogu trójkąta przestrachów
Łącząca wczoraj z oczekiwaniem na nigdy
Ta szklanka przejrzysta znana nie znana
Zdobiona palcem moczonym w herbacie
I balkon gdzie widać gołębie serce
Samotnego pana z kamiennymi pozorami
Wielkie minuty urywanych oddechów
Znane nieznane zapach ze sterylnym „ja”
I dywan nosząco- pieszczący bezsprzecznie
Kroki do ciebie i wręcz przeciwnie
Musisz mi pozwolić wiedzieć że słuchasz
Jak zapowiedzi o zjawiskach „raz na tysiąc”
Znane nie znane odpowiedzi anioła stróża
Budzącego się przy mnie od czasu do czasu…
Jak sen jak wspomnienie z dzieciństwa
Jakbym sama malowała te ściany
Pieszcząc pędzlem drażliwe tematy
To miejsce ten dom azyl nietoperzy
Znane nieznane motywy na ścianach
I pajęczyna w rogu trójkąta przestrachów
Łącząca wczoraj z oczekiwaniem na nigdy
Ta szklanka przejrzysta znana nie znana
Zdobiona palcem moczonym w herbacie
I balkon gdzie widać gołębie serce
Samotnego pana z kamiennymi pozorami
Wielkie minuty urywanych oddechów
Znane nieznane zapach ze sterylnym „ja”
I dywan nosząco- pieszczący bezsprzecznie
Kroki do ciebie i wręcz przeciwnie
Musisz mi pozwolić wiedzieć że słuchasz
Jak zapowiedzi o zjawiskach „raz na tysiąc”
Znane nie znane odpowiedzi anioła stróża
Budzącego się przy mnie od czasu do czasu…
- Nadwrażliwość
Aż boli ta samokontrola
Coś spycha mnie w dół łóżka
Powstrzymaj mnie przed sobą
Nie złapię oddechu gdy spłynie
Ma wiara w zapach pościeli
Miesza się z ciepłem herbaty
Nie wiem gdzie sens zasypiał
Istotę nie ja lecz twe ideały
I tak bez końca na rzęs kresach
Kręci się wzrok twój zielony
Patrzysz i zegar milknie pokornie
Cisza… głos o poranku
Coś spycha mnie w dół łóżka
Powstrzymaj mnie przed sobą
Nie złapię oddechu gdy spłynie
Ma wiara w zapach pościeli
Miesza się z ciepłem herbaty
Nie wiem gdzie sens zasypiał
Istotę nie ja lecz twe ideały
I tak bez końca na rzęs kresach
Kręci się wzrok twój zielony
Patrzysz i zegar milknie pokornie
Cisza… głos o poranku
- Istnie-nie
Jeszcze raz cios w głowę
Od dawna przecież wiadomo
że nie czujemy sercem…
Od dawna przecież wiadomo
że nie czujemy sercem…
Leave a Reply
You must be logged in to post a comment.